Ks. Kaczkowski: Kościół nie jest ani lewicowy, ani prawicowy

27.01.2015 PUCK KS.JAN KACZKOWSKI FOT.DAMIAN KRAMSKI

“Nie ma nic gorszego dla Kościoła niż sytuacja, gdy staje się uprzywilejowany. Kościół najlepiej się rozwija, kiedy jest minimalnie prześladowany” – ks. Jan Kaczkowski w rozmowie z Joanną Podsadecką o relacji między państwem a Kościołem, stereotypie Polaka-katolika i miłości nieprzyjaciół.

 

Joanna Podsadecka: Czy nadal uważasz, że gdyby dzisiaj Jezus, Maryja i Józef przybyli do Polski, to by ich wyrzucono?

Ks. Jan Kaczkowski: Jestem o tym przekonany, zwłaszcza że zagrażaliby zastanemu porządkowi. Sprzeciwialiby się niesprawiedliwości, pewnie dotknęliby elity i politycznej, i społecznej, i religijnej. Byłoby wielu takich, którzy chcieliby im zamknąć usta. Poza tym są w Polsce jakieś trudne do zrozumienia tęsknoty za jednorodnością w wielu dziedzinach, na wielu płaszczyznach.

Polacy jakby się przyzwyczaili do jednokulturowości, bo po wojnie nie było u nas takiego etnicznego zróżnicowania jak wcześniej. Dziś dość wyraźnie widać, jak wielu Polaków boi się, że ktoś im zabierze ich miejsce pod słońcem. A pod słońcem przecież miejsca jest dość.

Też tak uważam. Zniknięcie tamtych kultur z naszej przestrzeni zubożyło nas. Staliśmy się mniej wrażliwi chociażby kulturalnie, a nawet kulinarnie. Zastanówmy się, jak wiele ciekawych smaków przychodziło i przy chodzi z innych kultur. Dla mnie jako smakosza to jest ważne, ale także z tego powodu, że inne tradycje, także kulinarne, staramy się szanować w naszym hospicjum. Gotujemy indywidualnie dla każdego. Każdy codziennie ma prawo sobie zażyczyć cokolwiek zechce.

Pytanie od czytelnika DEON.pl: „Jezus mówiący o przykazaniu miłości został zapytany przez uczonego w Prawie: »Kto jest moim bliźnim?«. Opowiedział Mu wówczas historię miłosiernego Samarytanina, który – w przeciwieństwie do wielu innych mijających rannego człowieka – okazał serce temu nieszczęśnikowi, a na koniec Jezus spytał: »Który z nich okazał się bliźnim tego człowieka?«. Odpowiedziano Mu, że Samarytanin. Czyż więc naszymi bliźnimi nie są ci, którzy dobrze nam czynią? Wiem, zaraz Ksiądz mi przytoczy słowa: »Módl się za wroga!«. Ale czy należy mu pomagać? W Dziejach Apostolskich jest fragment o tym, że jak brat zgrzeszy, należy upomnieć go, następnie zrobić to przy świadkach, później przed Kościołem, a jeśli to nic nie da, »niech ci będzie jak poganin«”.

Czy naszymi bliźnimi nie są ci, którzy nam dobrze czynią? Absolutnie nie. Także ci, którzy nam czasem źle życzą albo źle czynią, są naszymi bliźnimi. Powołam się na przytoczoną przez Pana przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Kiedy jest w niej mowa o tym, że to Samarytanin był miłosierny i okazał się bliźnim, Jezus apeluje: „Idź i ty czyń podobnie!”. Nie tak samo, ale podobnie. W Ewangelii trzeba dostrzegać niuanse. Musimy wciąż dostosowywać nasze mówienie czy czynienie do tego wzoru, jakim jest Ewangelia. A jeżeli wróg potrzebuje pomocy, to bezwzględnie należy mu jej udzielić.

Czy nie razi Cię zawłaszczanie religii przez polityków?

Razi mnie, kompletnie się z tym nie zgadzam. Kościół nie jest ani lewicowy, ani prawicowy, powinien być Chrystusowy. Jest skandalem i obłudą granie na przykład wizerunkiem Chrystusa do swoich doraźnych, bardzo krótkowzrocznych celów. Im mocniejszy sojusz tronu z ołtarzem, tym gorzej dla ołtarza. Nie ma nic gorszego dla Kościoła niż sytuacja, gdy staje się uprzywilejowany. Kościół najlepiej się rozwija, kiedy jest minimalnie prześladowany. Gdy w czasach komuny spotykały go ze strony państwa różne nieprzyjemności, społeczeństwo stało za nim murem. Kiedy jednak społeczeństwo zobaczy, że duchowieństwo korzysta z przywilejów, które mu zostały niepotrzebnie przyznane, może się pojawić problem. Polacy są przekorni, pamiętajmy.

Ta przekora ma różne oblicza. Na przykład: wydawało się, że mamy za sobą debatę o zagrożeniach, jakie niesie stawianie znaku równości między pojęciami „Polak” i „katolik”. Tymczasem dziś politycy otwarcie opowiadają o swoich marzeniach o jednorodnym społeczeństwie. Co rusz pojawiają się samozwańczy, prawowierni synowie Kościoła, którzy uważają, że mają monopol na rację i zieją nienawiścią do ludzi o innym światopoglądzie.

Potwornie mnie denerwuje, gdy słyszę: „Tylko pod tym krzyżem, tylko pod tym znakiem – Polska jest Polską, a Polak Polakiem”. Bzdura. A jak jestem muzułmaninem, to nie mogę być Polakiem? A mój ojciec, który jest niewierzący, nie może być Polakiem?

Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że hasło Polak-katolik może służyć do wykluczania innych, uznawania ludzi innych wyznań czy niewierzących za obywateli drugiej kategorii.

Jeśli nie zaczniemy wyciągać wniosków z naszej historii, to będzie kiepsko. Przecież te wszystkie nacjonalizmy, te wszystkie –izmy już przerabialiśmy, nie tylko w Polsce. I to zaprowadziło Europę do Auschwitz.

Gdy się patrzy na polską scenę polityczną i zaostrzające się podziały pomiędzy partiami, trudno dostrzec płaszczyznę porozumienia.

Co do płaszczyzny porozumienia, to przede wszystkim musimy szukać tej ludzkiej. Musimy odnaleźć w sobie ciekawość dla inności. Jeżeli będziemy z naszego obozu próbować zaglądać do innego, to na pewno coś pozytywnego dla naszego obozu z tych obserwacji wyniknie. Zaczynam od kuchni, bo sprawy kulinarne są niezwykle istotne. Gdyby nie pojawiły się wpływy Austro-Węgier, na pewno nasza kuchnia byłaby uboższa. Dlaczego je dziś odczuwamy? Bo nasi przodkowie mieli odwagę wychylić się z tego piastowskiego grajdołka.

My, Polacy, chyba często grzeszymy jednostronnością. Lubimy dostrzegać jedynie swój punkt widzenia. Czy to jest grzech: nie chcieć zrozumieć drugiego człowieka?

To jest z pewnością zaniedbanie. Żyć świadomie to znaczy także wciąż na nowo sobie przypominać, że „moja mojszość” wcale nie jest ważniejsza niż „twoja twojszość”.

Fragment pochodzi z książki “Dasz radę. Ostatnia rozmowa”.

„Dasz radę” możesz zamówić w internetowej księgarni Wydawnictwa WAM




Dodaj komentarz