Ta akcja jest sukcesem – ks. Kaczkowski o WOŚP

przycięte

Rozmawiamy o szacunku i sympatii dla ludzi innych kultur, a nawet nie potrafimy uszanować swoich własnych sukcesów. Bo ta akcja jest sukcesem. Orkiestra przez dwadzieścia kilka lat udowodniła, że jest działaniem zupełnie przyzwoitym. Muszą być w naszym życiu publicznym przestrzenie zaufania. Nie rozwalajmy tak pięknej instytucji. Nic nie zostanie, gdy nie będziemy sobie ufać.

Co roku w okolicach finału akcji rozpoczyna się spór o WOŚP. Nie rozumiem, co jest jego osią. Czy jest nią fakt, że się komuś udało i udaje od tylu lat? A może żal, że nie udało się kogoś na niecnym czynie złapać (to takie polskie…)? Przez lata fundacja jest od podszewki sprawdzana przez profesjonalne państwowe służby. Nie chce mi się wierzyć, że przy takim poziomie emocji społecznych nie została przetrzepana na trzydzieści tysięcy sposobów. Gdyby coś wykryto, na pewno byśmy o tym szybko usłyszeli.

Ciekawe, że krytycy prześwietlanej po wielokroć WOŚP nie mają zastrzeżeń co do transparentności finansów kościelnych organizacji charytatywnych. W naszym Kościele nie ma przejrzystości finansowej. W Niemczech czy Szwajcarii to jest nie do pomyślenia.

Kiedy zwolennicy teorii spiskowych mówią, że jestem naiwny, odpowiadam, że wolę być naiwny niż nieufny lub napastliwy. Lepiej ryzykować pomyłkę, niż z założenia nie ufać działaniom, które mogą okazać się dobre. Po co kwestionować oczywiste, widoczne zasługi tej organizacji? Czemu obrzydzać to coroczne święto, w które Polacy chcą solidarnie się angażować? Wiem, że od przeciwników tej akcji w pakiecie dostaje się garść informacji o Woodstocku – że szatan, używki, zgorszenie. Po moim udziale w dyskusji z młodymi ludźmi na Przystanku Woodstock, jeden duchowny oburzył się, że powiedziałem „nasi bracia Hare Kriszna”. Do teraz tego nie rozumiem. Jeśli nie bracia, to kto? Wrogowie? Podludzie? Jak ksiądz katolicki powinien nazywać i traktować bliźnich? Myślę, że Pan Jezus siedziałby w błocie z woodstockowiczami. Na ile Go znam z kart Ewangelii.

Śmieszy mnie zawsze, a może raczej oburza, gdy zimą, kiedy trwa zbiórka pieniędzy, niektórzy szczycą się tym, że traktują młodych, zziębniętych wolontariuszy z góry. Mnie się wydaje, że proboszcz, który ich częstuje herbatą i ciastkiem, osiąga większy efekt duszpasterski, niż ten, który zieje niechęcią. Wejdźmy w skórę 16-latka, który od świtu w pewien styczniowy dzień marznie pod kościołem, stojąc z puszką, i słyszy, że niby jest najgorszy. Czy on sobie tego nie weźmie do serca? Jeśli się go zniechęci, to jest stracony dla społeczeństwa obywatelskiego. Uważa, że nie warto się angażować charytatywnie, bo za trud i dobre serce tylko się obrywa. Komu zależy na tym, żeby umniejszać znaczenie serdecznych odruchów?

Apeluję, byśmy zakładali dobrą wolę drugiej strony. Nie myślmy o sobie źle. Czy w Roku Miłosierdzia powinniśmy nawoływać do zamykania się na drugiego człowieka? Pomyślmy, czy naprawdę Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy nie uświadomiła nam, ile razem możemy zrobić dla siebie nawzajem, gdy każdy z nas wrzuci do skarbonki choćby złotówkę. Czy warto opluwać akcje, których efekty widzimy w setkach szpitali w Polsce?

ks. Jan Kaczkowski

(tekst pochodzi z książki „Dasz radę. Ostatnia rozmowa”)




Dodaj komentarz