Świętej Rodziny nie wpuszczono by do UE

(fot. domena publiczna)

 

„Nie można być gościnnym wobec ludzi tożsamych z nami. Gościć można tylko innych. Jeśli nie zaczniemy być otwarci na innych, to możemy ten pusty talerz przygotowywany na stół wigilijny wyrzucić przez okno” – ks. Kaczkowski o uchodźcach i polskiej gościnności.

 

Joanna Podsadecka: Widziałeś pewnie niedawno [luty 2016 r.] nagranie z Wrocławia, pokazujące kilkadziesiąt osób, które zebrały się przed ratuszem, aby protestować przeciwko przyjmowaniu do Polski uchodźców. Przestrzegano przed gwałtami, zabójstwami i rozlewem krwi na ulicach, które ponoć pojawią się wraz z obcokrajowcami. Na koniec spalono kukłę Żyda. Krzyczano: „Narodowy, narodowy radykalizm”, „Nie potrzeba nam islamu, terrorystów muzułmanów” i „Nie islamska, nie laicka, tylko Polska katolicka”. Jak powinniśmy reagować, gdy obok nas dzieje się coś takiego?

Ks. Jan Kaczkowski: Przede wszystkim na początku reagować trzeba werbalnie. Nikt ci nie każe iść na demonstrację z kijem i okładać kogoś po głowie. Ale mamy prawo zrobić kontrmanifestację, żeby pokazać, że my się z tym nie zgadzamy, że to jest bliskie faszyzmowi. Każdy może mówić, każdy może krzyczeć, gdy dzieje się niesprawiedliwość. Zwłaszcza są do tego wezwani duszpasterze i kapłani. Przecież we Wrocławiu wrzeszczano: „Nie islamska, laicka, tylko Polska katolicka”. Takie myślenie już dawno zostało przez Kościół potępione.

Nie jesteśmy gościnnym narodem?

Wciąż ostatnio słychać u nas nienawistne wypowiedzi. Mówi się, że imigranci przywiozą tropikalne choroby. Będą nas zabijać i zdechrystianizują naszą Europę. Nie bójmy się. Europa sama się zdechrystianizuje. Jestem pewien, że Świętej Rodziny nie wpuszczono by do Unii Europejskiej, bo zatrzymano by ich na granicy i to z trzech powodów. Po pierwsze, św. Józef dziwnie wyglądał. Miał przecież brodę. Można więc pomyśleć, że to talib. Mówi w jakimś dziwnym języku, ma ciemną karnację. Matka Najświętsza też jakaś dziwna. Ma dziecko, ale pozostała dziewicą. Stary osioł pewnie ma jakieś choroby. To nie byli emigranci ekonomiczni, tylko polityczni. Przecież nie dlatego uciekali do Egiptu, bo tam lepiej płacili stolarzom, tylko dlatego, że tam nie groziła śmierć dziecięciu. Przyjęło się mówić, że Polacy słyną z gościnności. Akurat! Słowo „gościnność” pochodzi od dwóch słów: „gość” i „inność”. Nie można być gościnnym wobec ludzi tożsamych z nami. Gościć można tylko innych. Jeśli nie zaczniemy być otwarci na innych, to możemy ten pusty talerz przygotowywany na stół wigilijny wyrzucić przez okno. Zasadniczo Polacy nie są gościnni. Zawsze jest jakieś „ale”. Stawiamy milion warunków, zanim pomożemy komuś z zewnątrz.

Jeśli jest w nas jakiś lęk, że ten inny może nam zagrozić, bo to, co przynosi ze sobą, jest nieznajome, to jak nad sobą pracować, żeby pojawiła się w nas tolerancja?

Przede wszystkim nie należy skupiać się na inności, ale na tym, co pozytywnego ona może wnieść do naszego życia. Trzeba popatrzeć na drugiego nie przez pryzmat inności, ale przez człowieczeństwo, które przecież mamy wspólne.

Czy uważasz, że gdyby dzisiaj Jezus, Maryja i Józef przybyli do Polski, to by ich wyrzucono?

Jestem o tym przekonany, zwłaszcza że zagrażaliby zastanemu porządkowi. Sprzeciwialiby się niesprawiedliwości, pewnie dotknęliby elity i politycznej, i społecznej, i religijnej. Byłoby wielu takich, którzy chcieliby im zamknąć usta. Poza tym są w Polsce jakieś trudne do zrozumienia tęsknoty za jednorodnością w wielu dziedzinach, na wielu płaszczyznach.

Polacy jakby się przyzwyczaili do jednokulturowości, bo po wojnie nie było u nas takiego etnicznego zróżnicowania jak wcześniej. Dziś dość wyraźnie widać, jak wielu Polaków boi się, że ktoś im zabierze ich miejsce pod słońcem. A pod słońcem przecież miejsca jest dość.

Też tak uważam. Zniknięcie tamtych kultur z naszej przestrzeni zubożyło nas. Staliśmy się mniej wrażliwi chociażby kulturalnie, a nawet kulinarnie. Zastanówmy się, jak wiele ciekawych smaków przychodziło i przychodzi z innych kultur. Dla mnie jako smakosza to jest ważne, ale także z tego powodu, że inne tradycje, także kulinarne, staramy się szanować w naszym hospicjum. Gotujemy indywidualnie dla każdego. Każdy codziennie ma prawo sobie zażyczyć cokolwiek zechce.

Pytanie od czytelnika Deon.pl: „Jezus mówiący o przykazaniu miłości został zapytany przez uczonego w Prawie: »Kto jest moim bliźnim?«. Opowiedział Mu wówczas historię miłosiernego Samarytanina, który – w przeciwieństwie do wielu innych mijających rannego człowieka – okazał serce temu nieszczęśnikowi, a na koniec Jezus spytał: »Który z nich okazał się bliźnim tego człowieka?«. Odpowiedziano Mu, że Samarytanin. Czyż więc naszymi bliźnimi nie są ci, którzy dobrze nam czynią? Wiem, zaraz Ksiądz mi przytoczy słowa: »Módl się za wroga!«. Ale czy należy mu pomagać? W Dziejach Apostolskich jest fragment o tym, że jak brat zgrzeszy, należy upomnieć go, następnie zrobić to przy świadkach, później przed Kościołem, a jeśli to nic nie da, »niech ci będzie jak poganin«”. Czy naszymi bliźnimi nie są ci, którzy nam dobrze czy nią?

Absolutnie nie. Także ci, którzy nam czasem źle życzą albo źle czynią, są naszymi bliźnimi. Powołam się na przytoczoną przez Pana przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Kiedy jest w niej mowa o tym, że to Samarytanin był miłosierny i okazał się bliźnim, Jezus apeluje: „Idź i ty czyń podobnie!”. Nie tak samo, ale podobnie. W Ewangelii trzeba dostrzegać niuanse. Musimy wciąż dostosowywać nasze mówienie czy czynienie do tego wzoru, jakim jest Ewangelia. A jeżeli wróg potrzebuje pomocy, to bezwzględnie należy mu jej udzielić.

 

Fragment pochodzi z książki „Dasz radę. Ostatnia rozmowa”.

„Dasz radę” możesz zamówić w internetowej księgarni Wydawnictwa WAM




Dodaj komentarz