Ks. Kaczkowski o związku przed ślubem

Bezsensowne by było mleku, które kipi, wydać polecenie: nie kip. Miłości tym bardziej. Ona jest ze swej natury rozlewna. Powinna nam wykipieć – z ks. Janem Kaczkowskim o budowaniu trwałego związku rozmawia Joanna Podsadecka.

Joanna Podsadecka: Obserwujemy dziś kryzys trwałości. Czy w czasach, kiedy tak wiele związków powstaje szybko i na krótko, dostrzegasz ludzi pragnących miłości, która się nie kończy, noszących w sobie tęsknotę za domem, który się nie rozsypie?

Ks. Jan Kaczkowski: Uważam, że ludzie zdecydowanie pragną trwałości i szukają jej. Nawet wtedy, kiedy działają odwrotnie. Często atakowanie celibatu jest próbą rozbicia czegoś, co jeszcze  próbuje być trwałe. Dziś problemem staje się lęk przed wzięciem odpowiedzialności nie tylko za siebie, ale i za tę drugą osobę, którą się ponoć kocha.

Czasem lęk pojawia się przed przysięgą wierności. Stwierdziłeś kiedyś: „Jak się komuś powiedziało: »kocham cię« i ta miłość nabrała konkretnego kształtu, to potworną rzeczą jest zdezerterować. (…) Jeżeli się staje przed ołtarzem, bierze Boga na świadka i przysięga: kocham, będę wierny, nie opuszczę cię, to to przeraża. No bo aż do śmierci?! Z jednej strony właśnie to: »Boże, aż do śmierci?«, a z drugiej: jak wspaniale, że możemy sprawić, by miłość między nami rosła każdego dnia. W gruncie rzeczy tęsknimy za sytuacjami, które są nieodwołalne”.

Trwałe relacje są głęboko zakodowaną tęsknotą każdego człowieka. Im mniejsza trwałość, tym większa tęsknota za nią. Obecnie do osłabienia relacji mocno przyczynia się sposób myślenia, zgodnie z którym szkoda czasu na naprawianie tego, co się ma, bo i tak znajdzie  się lepszy model. Wymieniamy rzeczy, kupujemy nowe. Czasem podobnie robimy z ludźmi.
Bardzo lubię sceny, które rozgrywają się przy łóżku umierającego, kiedy do męża  przychodzi żona. Pytam: „Zna pan tę panią?”. „No, tak”. „A kochacie się?””Tak”. „Długo?”  „Już tak będzie z 70 lat”. I dopytuję: „A to była pana pierwsza dziewczyna, pierwsza  miłość?”. On, zawstydzony, mówi: „Tak, i jedyna”. A pani się uśmiecha i czerwieni. To jest coś najpiękniejszego, co można po tylu latach usłyszeć. Za każdym razem mnie to wzrusza.

Wojciech Waglewski z Voo Voo, wciąż pytany o to, jak to możliwe, by artysta miał od kilkudziesięciu lat tę samą żonę, w dodatku przyznawał, że jest w niej wciąż szaleńczo zakochany, odpowiada: „Jestem człowiekiem tradycyjnym, który się zakochał raz a dobrze”.

Jest ładna łacińska sentencja: Amor est diffusivum sui. Łacina ma swój urok, bo jest nie do  końca przetłumaczalna. W wolnej interpretacji ta sentencja może brzmieć tak: Bezsensowne  by było mleku, które kipi, wydać polecenie: nie kip. Miłości tym bardziej. Ona jest ze swej  natury rozlewna. Powinna nam wykipieć.

DEON: „Jestem w związku od 12 lat, nigdy nie ukrywałam, że chcę wziąć ślub i założyć rodzinę. Mój narzeczony nie umie podjąć decyzji o wspólnym życiu. Zamknął się w sobie, mówi, że ma depresję, brak mu energii, chęci do życia. Jestem w rozterce, czy trwanie w tym związku ma sens, czy będzie egoizmem z mojej strony, jeśli zakończę tę znajomość? Czy na tym nie polega miłość rozumiana jako rezygnacja z siebie? Przecież żaden człowiek nie jest w stanie dać pełni szczęścia rozumianej jako zaspokojenie wszelkich oczekiwań i potrzeb”.

Myślę, że Pani narzeczony powinien udać się do lekarza, który zdiagnozuje, czy jest to  faktycznie początek depresji, czy może w grę wchodzą jakieś inne problemy  osobowościowe. Bez tego nie będziecie w stanie ruszyć dalej. A trwacie w związku już długo. Przedłużanie tego niewiadomego, niesprecyzowanego stanu relacji może być krzywdzące dla każdej ze stron.

„Mam 33 lata, rok temu byłam na rocznym wolontariacie w Portugalii i poznałam wspaniałego chłopaka, praktykującego katolika. Byliśmy przyjaciółmi. Niestety, wcześniej poznałam kogoś innego i zdecydowałam się na seks: miałam 31 lat i to był mój pierwszy raz. Zaraz potem ten mężczyzna stracił mną zainteresowanie i nie byliśmy dłużej razem. Podniosłam się z tego. Rok później na imprezie firmowej przespałam się z kolegą z pracy, w dodatku żonatym. Dostałam infekcji. Diagnoza lekarza: opryszczka płciowa. Załamałam się. Pół roku potrzebowałam, żeby dojść do siebie. Opryszczka niestety jest nie do wyleczenia i potrafi być bardzo uciążliwa. 10 lat w ruchu czystych serc i decyzja, żeby poczekać ze współżyciem, a tu nagle taki obrót spraw… Wracając do chłopaka z Portugalii, o którym pisałam na początku, spotykaliśmy się i wróciły dawne uczucia. Postanowiliśmy być razem. On nie wie jednak, że mam opryszczkę. Chcę mu o tym powiedzieć. Nie mam wątpliwości, że powinnam pozwolić mu zadecydować, czy – mając tę wiedzę – chce być dalej ze mną. Czy osobę, którą się kocha, można narażać na infekcję, nawet jeśli się na to zgodzi?”

Zdecydowanie chciałbym być poinformowany o takiej przypadłości u mojej potencjalnej  żony. Uważałbym za ogromną nieuczciwość skazywanie mnie na poważną i ciężką chorobę weneryczną. Nie sądzę, by opryszczka płciowa przekreślała Pani szanse na małżeństwo. Dzieje się tak w przypadku zatajenia innych, poważniejszych chorób, zwłaszcza  psychicznych. Naczelna zasada jest prosta: nie można szkodzić innym osobom, i to niezależnie od tego, czy się je kocha, czy nie. Szczerość w tej sytuacji to kwestia  przyzwoitości i odpowiedzialności.

„Moja sytuacja jest dość trudna, cierpię na zaburzenia lękowe. Chodzę na terapię. Jest lepiej, ale potrzebuję wsparcia najbliższych w codziennym życiu. Nie wychodzę sama z domu, nie mogę liczyć na rodzinę, która wyśmiewa moje problemy. Zamieszkałam więc z chłopakiem, on mnie wspiera i motywuje do codziennej walki. Dzięki niemu chodzę na studia i do pracy. Nie umiem mieszkać bez niego, bo lęki są bardzo silne. Uprzedzając pytanie – tak, próbowałam mieszkać z koleżanką, było okropnie. Cierpię z powodu braku możliwości przystępowania do Komunii. Pytałam wielu osób, co robić. Zawsze słyszałam: Mieszkanie oddzielne lub ślub. Bardzo kocham mojego chłopaka, ale decyzję o ślubie chcę podjąć w pełnej wolności. Co zrobić?”

A czy możliwe byłoby mieszkanie razem bez współżycia? To może stanowić skuteczne rozwiązanie.

„Mam 31 lat, mężczyzna, z którym się spotykam od roku, ma 45. To jest bardzo dobry człowiek, szanujący mnie, rodziców i innych ludzi. Zawsze chciałam mieć kogoś takiego za męża. Tylko przeszkadza mi ciągle ta różnica wieku…”.

Zawsze warto wsłuchiwać się we własne sumienie. Jeśli ono podpowiada człowiekowi, że w nowej sytuacji jest coś niepokojącego, należy tak odczuwany dyskomfort sumienia potraktować serio. Może nie warto ładować się w coś, co już na początku stwarza  wątpliwości? Zalecałbym ostrożność wobec człowieka, który pojawił się na Pani drodze, skoro już teraz coś – ta różnica wieku – zgrzyta w tej relacji. Jeżeli chce Pani dłużej na ten temat porozmawiać, zapraszam do Sopotu albo do Pucka. Poświęcę Pani tyle czasu, ile będzie Pani potrzebowała.

(fragment pochodzi z książki „Dasz radę. Ostatnia rozmowa”)




Dodaj komentarz